ADAM NAWAŁKA – MISJA NIEMOŻLIWA

ADAM NAWAŁKA - MISJA NIEMOŻLIWA

Wychowywałem się w dość specyficznych czasach dla polskiej piłki. Jestem z pokolenia, które nie mogło pamiętać lat świetności naszego futbolu, z medalami i ogólnoświatową renomą. W czasie, gdy w Polsce rozkwitało ustawianie wyników, a komuna odchodziła w niepamięć za sprawą globalizmu, ja i kilku moich nieświadomych niczego kolegów, biegaliśmy za szmacianą piłką, kłócąc się o to kto jest „Ronaldo” i nie chodzi o Cristiano, moje pokolenie miało swojego Nazario. Brak nam było własnego wzorca, swojego lokalnego bohatera, kogoś w Biało-czerwonych barwach o kogo nazwisko moglibyśmy się pokłócić. Dorastałem w czasach w których Polska Piłka była tożsama z zawodem i hasłem: „nic się nie stało”. Regularnie musieliśmy mierzyć się z eksplozją balonika. 

Dwa pierwsze Mundiale początkiem tradycji trzech meczy…

Będąc małym Kajtkiem, teraz jak przez mgłę pamiętam Jerzego Engela i jego drużynę grającą na Mistrzostwach Świata w Korei i Japonii. Wydawało mi się, że Mistrzostwa Świata, to nasze stałe miejsce. Pamiętam jak starsi koledzy przekonywali, że jedziemy tam po „Złoto”, teraz po latach wiem, że tym samym przeświadczeniem żył selekcjoner. Nie dotarł do końca do mnie zimny prysznic w postaci wyników turnieju z 2002 roku i też nie wiedziałem, że my tak naprawdę wróciliśmy tam po latach, żeby zebrać zasłużony oklep. W tych moich niewyraźnych wspomnieniach, Engel zapisał się pozytywnymi zgłoskami i czułem się dziwnie z tym, że nie będzie dalej trenerem Polaków- tym bardziej, że nie wyobrażałem sobie kogoś innego na plakacie z Kadrą. Gorzej jest z naszym kolejnym selekcjonerem-Zbigniewa Bońka tutaj pominę ze względu na jego krótką przygodę na tym stanowisku. Paweł Janas. Teraz często słyszymy, że kiedyś internet nie był takim wylewem „hejtu” jak dzisiaj, że te wszystkie złe opinie praktycznie nie istniały, albo nie miały sposobu do tego, żeby się napędzać. Uwierzcie mi na słowo, że w czasach MŚ 2006, nie było większego przytyku koledze, niż nazwanie go „Janasem”. Znowu oczarowało nas hasło łatwej grupy, gdzie wychodzimy na drugim miejscu za gospodarzami turnieju, Niemcami. Mieliśmy przecież zwycięzce Ligi Mistrzów z 2005 roku, Jerzego Dudka. Mieliśmy przecież super Jokera Frankowskiego, któremu tak ochoczo śpiewano: „Franek, łowca bramek”. Mieliśmy, to słowo „klucz”. Obaj Panowie nie dostali powołań na turniej, do tego też na odstrzał poszedł Kłos i Rząsa. To ogłoszenie powołań było takim zaskoczeniem, że nawet ludzie z sztabu selekcjonera nie byli w stanie ukryć szoku. Gdybyśmy wyszli z tej grupy, to pewnie do dzisiaj byśmy wychwalali odwagę trenera. Spotkanie z rzeczywistością było jednak brutalne, 0:2 w pierwszym meczu. Bolało tym bardziej, że naszym rywalem był Ekwador, który z taką łatwością ograliśmy kilka miesięcy wcześniej, w towarzyskim meczu „na wodzie” w Barcelonie. Później były tłumaczenia, że przed meczem premier Marcinkiewicz zakłócił przygotowania do meczu, swoim wejściem do szatni. Po czterech latach znowu dostaliśmy mecz otwarcia, o wszystko i o honor… Dwa pierwsze Mundiale które oglądałem uświadomiły mi, że tradycją będzie rozegranie trzech meczy.

Zagraniczny trener, Euro-klapa i chłopcy do bicia…

Lekiem na wszystko miał się okazać dla nas utytułowany zagraniczny trener, Leo  Beenhakker. Mianowanie na funkcję selekcjonera taką personę jak Leo miało być ostatnią deską ratunku dla tego pokolenia piłkarzy. Cel był prosty: awans na Euro 2008 Austria/Szwajcaria. To był okres w którym średnio interesowałem się piłką; nadal czułem złość i rozgoryczenie poprzednimi klapami i teraz z góry zakładałem kolejną… Z resztą początek eliminacji mnie w tym utwierdzał. Na dzień dobry 1:3 z Finlandią, 1:1 z Serbami i 1:0 z Kazachstanem. Okazaliśmy się bardzo „gościnnymi” gospodarzami i naprawdę miałem już ich dość. Optymizm nadszedł po oglądanym przeze mnie przypadkowo meczu z Portugalią. Wgraliśmy 2:1 i wtedy coś się ruszyło. Na koniec eliminacji zameldowaliśmy się na pierwszym miejscu tej trudnej grupy, notując 8 zwycięstw i 4 remisy w 14 spotkaniach(w grupie było 8 zespołów, nie tak jak teraz 6). Było to nasz pierwszy w historii awans na reprezentacyjny turniej Starego Kontynentu. Z tamtego czasu zapamiętam szczególnie bramkostrzelnego Ebiego i atomowy strzał Jacka Krzynówka na 2:2 z Portugalią w Lizbonie. Takie eliminacje napompowały balonik oczekiwań. Niestety pękł z hukiem. Znowu nasza przygoda z wielką imprezą była składową trzech spotkań. W mojej głowie na zawsze zostanie obraz smutnego Łukasza Podolskiego, Niemca z Polskim Sercem, który okazał się naszym katem w meczu „otwarcia”. Było widać, że to dla niego emocjonalny roller coaster. Smutku i radości pół na pół. Zapamiętam też genialny występ Artura Boruca, Króla Artura. Nie widziałem jeszcze nigdy tylu tak niesamowitych interwencji jednego bramkarza. Trzeba przyznać też, że Beenhakker miał szczęście, że jego klapę przykrył rzut karny Howarda Webba w końcówce meczu z Austrią. Cała nienawiść i złość Polaków została wylana na angielskiego sędziego. Później skopane eliminacje na MŚ2010 w RPA przez holenderskiego trenera, który miał tak naprawdę „gdzieś” całą tę reprezentację i już miał nową robotę w zagranicznym klubie. Jego występ w reklamie dla jednego banku, potwierdził nam jedno: „Leo why? For many”. W tym okresie też doszło do roszady na stanowisku Prezesa PZPN, którym został Grzegorz Lato. Dla Polskiej piłki zaczęły się najmroczniejsze czasy. Szargany od kilku lat aferami korupcyjnymi PZPN stracił do końca zaufanie społeczne. Nieumiejętne rozwiązanie współpracy z Beenhakkerem, akcja znicz, pusty stadion, koniec PZPN… Ówczesny rzecznik Polskiego Związku Piłki Nożnej, Janusz Atlas nazywający niezadowolonych kibiców idiotami i chuliganami był jedną z twarzy buty i arogancji piłkarskich władz w Polsce. Były to czasy, gdzie na stadionach rządził hymn „je***, je*** PZPN”. Szambo wybiło, a reprezentacja i środowisko piłkarskie były na dnie. W wspomnianych eliminacjach do Mundialu w Afryce zajęliśmy piąte miejsce, wyprzedzając tylko San Marino- oficjalnie zostaliśmy chłopcami do bicia. Na koniec 2009 roku spadliśmy na 58 miejsce rankingu FIFA i zostaliśmy sprowadzeni do roli europejskiego przeciętniaka, a nawet cieniasa.

Mamy Euro, dwa upokorzenia, Koniec Laty i ostatni zmierzch.

Szansą na wielką piłkę dla Polaków było bez wątpienia Euro 2012, które współorganizowaliśmy z Ukrainą. Na szczęście decyzją UEFA, imprezę tę dostaliśmy w 2007 roku, bo w skutek późniejszych afer i pogłębiających się patologii najpewniej bylibyśmy ominięci i tak kolejną imprezę oglądalibyśmy bez udziału Biało-Czerwonych. Za sterami drużyny narodowej stanął Franciszek Smuda. Kibice byli podzieleni; dla jednych był to obraz niepoważnego człowieka, który mylił Rosję z Związkiem Radzieckim, Czechów z Czechosłowacją, a Greków… Na szczęście tego się nie dowiedzieliśmy. Natomiast takich mieliśmy rywali w grupie (Grecja, Rosja, Czechy), co było dużym szczęściem i przy pomocy „ścian”, ta grupa była do przejścia. Dla innych, był to swojski gość, nieposługujący się wyszukanymi zwrotami, biegający w dresie i po prostu- „Franek Smuda- czyni cuda”, taki swój chłop. Za jego kadencji wprowadziliśmy termin farbowanych lisów (w ogólnie panującej opinii piłkarzy za słabych na grę w swoich rodzimy reprezentacjach, szukających występu na dużej imprezie w Polsce). Nasza kadra ograniczała się do trio z BVB i bramkarza, reszta, to byli chłopcy do uzupełnienia składu. Po ostatnich latach opadania na dno piłkarskiego świata, ten projekt nie mógł wypalić i sam się dzisiaj śmieję z tego jaki panował wtedy optymizm. Wtedy pierwszy raz się zakochałem w Kadrze. Uwierzyłem, że są w stanie dać mi ten uśmiech, o którym słyszałem z legend starszych Panów przy piwie, jak opowiadali o Orłach Górskiego, Trenerze Piechniczku, etc. W końcu to było Nasze Euro. Pierwszy mecz nic nie przekreślał, drugi jeszcze dawał matematyczne szanse, trzeci rozwiał wątpliwości… Byliśmy najsłabszym zespołem Mistrzostw, które sami organizowaliśmy. Wstyd, żenada, upokorzenie. Po tym nieudanym turnieju zaczęły się wzajemne oskarżenia; słynna afera biletowa. Konflikt prezesa Laty z piłkarzami itd. Na szczęście obronną ręką wyszli z tego Polscy kibice, którzy zauroczyli całą Europę swoją gościnnością i otwartością. Po Euro-kompromitacji nadszedł czas rozliczeń i „Franz” pożegnał się z funkcją selekcjonera na rzecz Waldemara Fornalika. Fornalik miał dać nam MŚ w Brazylii, ale byle żółtodziób widział, że jest to selekcjoner bez pomysłu. Nie towarzyszyła ma żadna idea, a moment w którym został trenerem reprezentacji dodatkowo nadawał tej funkcji swoisty ciężar gatunkowy- to wszystko chyba go przerosło, a kolejne roszady w składzie zdawały się tylko to potwierdzać. Atmosfera była co raz gorsza: porażka na Euro, plan budowy „pałacu” dla PZPN i kolejny selekcjoner bez wyników. 26.10.2012- tego dnia zaczął się przełom. Zbigniew Boniek został wybrany prezesem PZPN. W końcu osoba szanowana w całym piłkarskim świecie, człowiek energiczny, z dużymi znajomościami, pomysłowy i pełen świeżości. Od razu wziął się do pracy, powymieniał ludzi, pogasił pożary i otworzył się w kierunku kibiców- zaczęło się ocieplanie wizerunku, który w ostatnich latach kojarzył się butą, aferami i korupcją. Zgodnie z umową zawartą jeszcze przez stary zarząd, Prezes Z. Boniek wraz z swoimi ludźmi, dali dokończyć pracę W. Fornalikowi, który po Smudzie zostawił kilka pozytywnych punktów w drużynie. Na szczęście był to ostatni zmierzch!

Adam Nawałka- Misja Niemożliwa

Po kolejnym blamażu z udziałem naszej reprezentacji nadszedł czas zmian i reform. W środowisku znowu panowało przekonanie, że tylko ktoś zza granicy jest w stanie cokolwiek zmienić na lepsze- w końcu dysponowaliśmy najzdolniejszym pokoleniem piłkarzy w XXI wieku, a mimo to nie potrafiliśmy znaleźć drogi od dna do powierzchni. Przełomem okazał się wybór Adama Nawałki. Zbigniew Boniek miał plan jak odbudować Polską piłkę i w tym wszystkim potrzebny był mu jego boiskowy przyjaciel. Inteligenty, pracowity i z planem. Mnie kupił od razu swoim podejściem. Wszyscy dookoła się śmiali z tych spacerów, ścianek wspinaczkowych, itp. Dla mnie było to coś czego brakowało- próba scalenia grupy, po przez wspólne aktywności. Wśród ludzi postronnych ludzi piłki, chyba tylko Jan Tomaszewski wierzył w to co ma nadejść i poniekąd to przewidział, mówiąc, że za kilka lat będziemy dumni z Reprezentacji. Warto pamiętać, że w tamtym czasie, taka teza uchodziła za bardzo odważną i nawet szaloną. Nawałka zapowiedział, że ma plan na Lewandowskiego. Dzisiaj trzeba mu przyznać rację, bo Robert w 40 meczach za jego kadencji zdobył ich aż 37, dwukrotnie zostając królem strzelców eliminacji w Europie. Zibi wyznaczył Adama do misji niemożliwej, bo gdy ten przejmował kadrę, byliśmy na 78 miejscu w rankingu FIFA (najniższym w naszej historii). Kto z ręką na sercu wierzył, że awansujemy na Euro? Pamiętam głosy ekspertów, którzy mówili, że dobrze by było odpuścić mecz z Niemcami i powalczyć o punkty ze Szkocją… 11.10.2014, jedna z ważniejszych dat w historii Polskiego futbolu. Pierwsze zwycięstwo z drużyną Niemiec, ówczesnymi Mistrzami Świata, do tego w meczu o punkty. Pamiętam ten mecz doskonale, w tym dniu występowałem w Pasłęku i przed tym występem oglądaliśmy mecz, w klubie było pełno osób, po każdej interwencji Wojtka sobie gratulowaliśmy, po golach skakaliśmy sobie w ramiona, a po ostatnim gwizdku arbitra, byliśmy jak jedna wielka Rodzina! Przepiękna chwila! To był ten impuls, który zbudował w nas poczucie siły. Od teraz ufaliśmy Bońkowi i Nawałce w każdej decyzji, z resztą prawie do samego końca eliminacji staliśmy na czele peletonu, by ostatecznie zająć drugie miejsce ze stratą jednego punktu do Niemców. Przy okazji, jakie piękne boje my z nimi stoczyliśmy w tym czasie. Coś niesamowitego! Na samym Euro złamaliśmy klątwę trzech meczy i w końcu wygraliśmy w tym pierwszym, mogliśmy poczuć ten magiczny uśmiech, o którym pisałem wcześniej. Tak smakuje duma! Pierwsze rzuty karne w historii, i awans do 1/4 turnieju. Tam niestety w konkursie jedenastek odpadliśmy z przyszłymi Mistrzami Europy- Portugalią. Każdy czuł niedosyt, a jednocześnie radość z tego, że mogliśmy się pokazać z świetnej strony, tworząc najszczelniejszą defensywę całej imprezy. W tym momencie nikt już nie pamiętał Laty, starego PZPN’u, Smudy, itp, itd. Udało się zrealizować misję niemożliwą i wyciągnąć nas z dna. Eliminacje do MŚ 2018 były trudniejsze, zespół miał swoje problemy i przechodził ewolucję. Mimo to, udało się nam osiągnąć pierwsze miejsce w grupie i bezpośrednio awansować na największą imprezę piłkarską Globu. Były po drodze trudne momenty, jak falstart z Kazachami, czy cud w meczu z Armenią i afera alkoholowa. Była też lekcja pokory po Duńskim oklepie 4:0. Był też niemalże idealny mecz z Rumunią na wyjeździe w dniu Święta Niepodległości, gdzie wygraliśmy 0:3.
Adam Nawałka otworzył nam wrota na piłkarskie salony światowego futbolu i doprowadził do sytuacji, gdzie przeciwnicy się z nami liczą. Jako pierwszy Selekcjoner, zapewnił nam dwa awanse na duże imprezy, jeden po drugim. Awansowaliśmy z 78 na 5 miejsce rankingu FIFA i chociaż ten ranking powinno się przyjmować z przymrużeniem oka, to jednak za darmo nikt nas w nim tak wysoko nie premiował. Historyczne losowanie z pierwszego koszyka na MŚ2018, umieszczenie nas w pierwszej dywizji Ligi Narodów- klika lat temu nikt by w to nie uwierzył. W końcu przyszedł czas weryfikacji tych 5 lat pracy. Niestety się nie udało i w słabym stylu pożegnaliśmy się z Rosyjskim Mundialem. Wkradła się skaza na tym dużym dorobku. Skaza, która obudziła sezonowych kibiców… Dla mnie, te trzy mecze nie przekreślają całokształtu pracy Pana Adama. Trener stworzył solidny szkielet Zespołu, ugruntował kilku Liderów, dał nam bramkostrzelnego Lewandowskiego z opaską kapitana i obudował to wszystko głodnymi sukcesu, porządnymi zawodnikami. Panie Trenerze, Misja Niemożliwa zakończona- udało się. Udało się przywrócić wiarę kibiców w ten zespół, udało się wypełnić stadiony, udało się stworzyć Narodową Twierdzę, której nikt nie był w stanie zdobyć. Szkoda, że nie udało się tej historii spuentować w lepszy sposób na Mundialu, ale mimo wszystko: kawał świetnej roboty, która nie pójdzie na marne!

Kończy się pewna piękna historia, Adam Nawałka zrezygnował z dalszego prowadzenia Zespołu Narodowego, ale zostawia po sobie dużo radosnych wspomnień. Pokazał nam nowy poziom profesjonalizmu (podobno każdy współpracownik przy Kadrze miał być „fit” i dobrze się prowadzić). Potrafił nas zaskakiwać powołaniami i decyzjami, a mimo to, za każdym razem bronił go wynik, tylko ten jeden raz coś poszło nie tak. Denerwował dziennikarzy, odcinając się od mediów i skupiając na pracy, zamiast udzielaniem wywiadów na lewo, i prawo. Na konferencjach potrafił tak mówić, żeby nie powiedzieć nic. Miał swoje przesądy, o których krążą anegdoty, które nas bawią i będą bawić jeszcze długo. Stworzył hasło, którym warto się kierować w życiu: Trzy razy M- Myślisz, Mówisz, Masz. Zasłużył na nasz szacunek i apeluję do wszystkich kibiców, którzy dzisiaj umniejszają jego zasługi przez pryzmat nieudanego Mundialu- Jeszcze wszyscy za nim zatęsknimy.

Na początku tekstu wspominałem o tym, że nie mieliśmy naszego idola… A dzisiaj? Dzisiaj dzieciaki mają Kubę, Lewego, Piszcza, Grosika, Pazdana, Glika, Fabiana, Szczęsnego, Zielka i wielu, wielu innych. Mamy teraz kim inspirować przyszłe pokolenia i to jest największy sukces, dużo większy niż wynik sportowy. To dało pozytywny wynik społeczny!

Dziękujemy Panie Trenerze za cały wkład w to, żebyśmy znowu mogli pokochać nasz zespół!

Damian Łusiak

Dodaj komentarz

*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.