Któż by się spodziewał, że w ostródzkiej restauracji San Biagio, kiedy zejdziemy schodami do niewielkiej salki na dół, zobaczymy gości uprawiających sport? W tym przypadku miło było się zaskoczyć, ponieważ dzięki temu niedawno spopularyzowany w mieście dart nie jest już ogrywany wyłącznie podczas miejskich turniejów Grand Prix, ale w bardziej przyziemnej formie i znacznie częściej.
Podczas zapoczątkowanych w minionym roku turniejów Ostróda załapała bakcyla na rzucanie lotkami do tarczy. Z piwnic i garaży wyszli dotychczas pochowani ostródzcy fani tego sportu. Turnieje pozwoliły im zebrać się w grupę i sprawiły, że dart staje się lokalną inicjatywą, a nie okazjonalnym rzucaniem gdzieś po kątach.
Zaczęliśmy rywalizować i poznawać się podczas zawodów z cyklu Grand Prix w Ostródzkim Centrum Sportu i Rekreacji – co jest wielką zasługą Wojtka Chrząszcza, odpowiadającego za organizację tych turniejów. Ta rywalizacja i wspólne granie bardzo nam się spodobały, dlatego po pewnym czasie zaczęliśmy szukać miejsca dla siebie – takiego, w którym moglibyśmy się „zaszyć” i regularnie grać. Próbowaliśmy w kilku lokalach, jednak z różnych względów nie udawało się tam zorganizować wspólnych spotkań. Dlatego szczególne podziękowania należą się Arkadiuszowi Kurkulowi, który nas ugościł i pozwolił grać w każdy czwartek. Nasze stowarzyszenie będzie nazywać się „Dragons”, ale można też nazywać nas po polsku – „Smoki”.
– opowiada przyszły wiceprezes powstającego stowarzyszenia Grzesiek „Bastion” Bastek. Funkcję prezesa obejmie Maciej Czerkawski, nieobecny w dniu dzisiejszym (29 stycznia), który również został pochłonięty przez rzucanie lotkami do tarczy.

Dart dartem, ale do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jedna, być może nawet ważniejsza kwestia – spędzanie wolnego czasu wspólnie, przy czymś kreatywnym. Jak wiadomo, każda forma oderwania się od życiowej rutyny jest czymś zdrowym dla umysłu – wtedy człowiek czuje, że żyje.
Bardzo podoba nam się fakt, że możemy spędzać czas na rzucaniu w restauracji. Wielu z czołowych darterów na świecie zaczynało swoją przygodę właśnie w knajpach. Fajne jest to, że możemy porzucać i do tego zamówić grzańca, pizzę… cokolwiek. W takich okolicznościach umysł naprawdę odpoczywa. Świetnie się tutaj bawimy. Nasza grupa liczy już 12 osób, ale spotykamy się w różnych składach. Dziś akurat trwają ferie, więc przyszło nas tylko trzech. Oczywiście, jeśli ktoś chciałby spróbować, to zapraszamy – gramy w każdy czwartek.
– dodaje Bastion.

Dzięki działalności „Smoków” dart zaczyna w Ostródzie rosnąć. Na spotkaniach panowie intensywnie rywalizują w wewnętrznych miniturniejach. Przed nimi jednak jeszcze daleka droga, by rozwinąć tę dyscyplinę do poziomu pobliskich miast o podobnej wielkości – Lubawy czy Braniewa, gdzie dartowe stowarzyszenia działają już od lat, a grają tam naprawdę dobrzy zawodnicy. Rozmawiając jednak z ekipą, można dojść do szybkiego wniosku, że Ostróda w relatywnie niedługim czasie również może stać się silnym dartowym miastem, ponieważ pasji do grania nikomu tutaj nie brakuje. Przykładem jest Łukasz „Talib” Kowalkowski – zwycięzca ostatniego ostródzkiego Grand Prix.
Rzucam, kiedy tylko mam wolną chwilę. Dart jest o tyle wyjątkową grą, że nie wymaga specjalnych przygotowań – wystarczą lotki i tarcza. Można rzucać nawet w trakcie codziennych czynności czy też rozmowy.
– opowiada Łukasz, w trakcie rzucania do tarczy.
Kiedy tylko formalności związane z zakładaniem stowarzyszenia zostaną sfinalizowane, pojawią się media społecznościowe „Smoków” i wtedy również zaczną pojawiać się w przestrzeni publicznej aktualizacje z funkcjonowania dartowej grupy. Obecnie panowie spotykają się co czwartek w restauracji San Biagio po godzinie 17.00. Jeśli macie ochotę spędzić miło czas i spróbować porzucać, z pewnością zostaniecie miło przyjęci. A jeśli nie znacie zasad, „Smoki” bardzo chętnie wam je wytłumaczą, bo widać, że ten sport najzwyczajniej w świecie ich jara. Z perspektywy pobocznego obserwatora można śmiało napisać, że bardzo miło było spędzić tam czas i porozmawiać.

Jeśli chodzi o samego darta, jest to dyscyplina w Polsce dynamicznie się rozwijająca. Tempo tego rozwoju i popularyzacji przyspieszył najlepszy profesjonalny polski darter Krzysztof Ratajski, który osiągał ćwierćfinały mistrzostw świata. Doszło do podobnego efektu, jak w przypadku Adama Małysza i Igi Świątek, którzy poprzez osiąganie sukcesów zwrócili uwagę polskiego społeczeństwa na skoki narciarskie i tenis. Podobnie jest obecnie z dartem. To jednak zupełnie inny sport, ale w swej istocie absolutnie wyjątkowy, ponieważ w jego przypadku nie trzeba być wybitnym atletą ani podporządkowywać mu sposobu odżywiania – można być wybitnym darterem, każdą serię rzutów zapijając piwem.
Już sama geneza darta znacznie różni się od innych sportów. Mówi się, że powstał on trochę z nudy i potrzeby zajęcia czymś głowy w trudnych czasach. Początkowo uprawiali go średniowieczni angielscy żołnierze, próbując zagospodarować wolny czas w obozowiskach pomiędzy kolejnymi bitwami. Rzucali obciętymi strzałami bądź bełtami w dno beczek. Kilka wieków później gra ta stała się niezwykle popularna na Wyspach Brytyjskich jako rozrywka klasy robotniczej. Dziś urosła do rozmiarów prestiżowego sportu przyciągającego sponsorów. Najlepsi darterzy są milionerami, podpisującymi ekskluzywne kontrakty reklamowe. Sam Ratajski za dotarcie do ćwierćfinału mistrzostw świata otrzymał 100 000 funtów. Można więc powiedzieć, że to sport rozwojowy.
– opowiedział na koniec członek stowarzyszenia Filip Kania.





